Chamski ryż / przedsprzedaż / premiera 06.12.2019!

Dostawa: wysyłka od 06/12/19

110.00 PLN

Przedsprzedaż i specjalna, niższa cena! 

Premiera i wysyłka 6 grudnia 2019 r.


Chamski ryż to 80 przepisów Moniki na najulubieńszą kuchnię i łakocie południowo-wschodniej Azji, kilkaset zdjeć od Jana z wielu dalekowschodnich wypraw i po raz trzeci wspólnie zapisane teksty o podróżowaniu, szczególnie z małym poradnikiem na pierwszy raz, jak odlecieć daleko bez biura podróży i zacząć. Będzie genialnie! Bo mamy z Indochinami i jej sąsiadami dokładnie jak nasz wielki idol Anthony Bourdain, który mawiał, że zakochał się w tych regionach, ludziach i ich kulturze od pierwszego wejrzenia, że zmaterializowały się tam jego dziecięce wyobrażenia i fantazje o tym, czym powinna być podróż.

Ten atlas, o tytule nawiązującym do jednego z najpopularniejszych, eleganckich dań z woka w naszym poznańskim Raju, to kolejny hołd dla wszystkich ciężko pracujących, dobrych ludzi, najlepszych naszym zdaniem szefów kuchni na świecie i ich maluteńkich restauracji, rodzinnych, często jednoosobowych kiosków, budek, wózków, taborecików porozrzucanych po ulicach wielgachnych jak smok miast: Bangkoku, Colombo, Dżakarty, Hanoi, Hong Kongu, Kuala Lumpur, Phnom Penh, Sajgonu, Singapuru i Vientiane.

Ta książka, wydrukowana po sąsiedzku w Poznaniu, to równe 400 stron stron w twardej oprawie z praktyczną tasiemką. I dwie zupełnie przełomowe innowacje. Po pierwsze primo, to pierwszy atlas, który wydajemy od razu w wersji dwujęzycznej, polsko-angielskiej.

I po drugie, primo najważniejsze, to książka dla wszystkich wrażliwych, świadomych i myślących o przyszłości planety, którzy niezależnie od tego, czy ograniczają spożycie mięsa, czy też już je zupełnie wyeliminowali z diety. Bo prócz serdecznych afrodyzjaków, owoców morza, rybnych i krewetkowych sosów, bez których sobie azjatyckiego gotowania i dobrej kolacji ze śniadaniem nie wyobrażamy, nie ma w tej naszej trzeciej książce mięsa! Nie ma go w żadnej recepturze i naprawdę nie jest to żadna odwaga, ni brawura. Te potrawy są tak pyszne, wartościowe i bogate, że zwyczajnie go nie potrzebują. A, no i jeszcze trzecie primo! Tak to azjatyckie pichcenie tu zmyśliliśmy, że do kuchni wchodzimy zrelaksowani, bez paniki o ingrediencje, sprzęt, nazewnictwo i skomplikowane techniki. Dla każdego. Jest to kraina zrównoważonej łagodności, umami i jak się tylko zachce, można bardziej pikantnie, na ostro. Jak w życiu normalnie.

/

Siedzieliśmy na krawężniku w Dżakarcie pośród tego niezrównoważonego szaleństwa skuterów, tuktuków i azjatyckiej, niezgrabnej motoryzacji. Jak na fotograficznej stopklatce, my nieruchomo w środku, a dookoła jeden wielki huragan codziennego, tłocznego i poruszonego życia. Choć zaskakująco dużo tu wszędzie dzikiej, jakby porzuconej dawno temu, zapomnianej zieleni, ogromnych drzew i pnących zarośli, to powietrza brak, a przecież widzisz i czujesz tę wilgotną, szaroniebieską mgłę jak na dłoni. Aromaty spalin, żyburowatych kanałów, które zdają się bulgotać jak zgnitozielony żrący kwas z filmowego dreszczowa przenikają się z przyjemniejszymi, tymi przez żołądek do serca. Tamarynd, kurkuma, trawa cytrynowa, limonki, ryż. Było przed południem, a ktoś w Polsce, jakby ledwo wstał, bo sześć godzin wcześniej, podesłał do nas wiadomość, czy można już zamówić nową książkę. Kilka dni wcześniej kilka osób odzywało się w tej samej sprawie. Wyszło też po drodze, że to oczywiste dla najbliższych nam osób, rodziny, nawet dla naszej polsko-amerykańskiej Agaty z San Francisco, która dopytywała o przepis na laksę. Powstała więc gdzieś w wielu głowach ta sama myśl, może nawet miłe pragnienie. Nic to, że dowiedzieliśmy się o nim ostatni. Po tym wszystkim, co się wydarzyło u nas po drodze, po powrocie z Ameryki, niespodziewanych przenosinach ze Śródki na Święty Marcin, tym co nazywamy pieszczotliwie codziennym Sajgonem, nawet w snach nie pojawiało się jakiekolwiek złudzenie kolejnej książki. Bo niby kiedy i kto ma to zrobić?

Rzuciłem więc po kilku minutach tego spalinowego i ryżowego haju na ulicy w Dżakarcie do Moniki, że a może to w sumie, bo trochę narzeka, że fotografii nigdy nie widzi z wypraw, co tyle trzaskam, że przecież to tu, na południu Azji, bije nasze kuchenne serce i to tu spełniamy wielkie jedzeniowe pożądanie dające tyle orgazmów, że no jakoś tam znają nas ludzie właśnie z dalekowschodnich wspomnień w ramach kuchni podróży, no to może, yyy, no trzeba by tę nową książkę, którą chcą ludzie zamówić, a jej nie ma nawet w marzeniach, zrobić.

Nie pamiętam, ile czasu zajęła Monice odpowiedź. Moją ślamazarną i nieśmiałą zajawkę odbiła od razu, że no tak. Na sto procent też miała wtedy niezły odlot, ale my w szybkie, nieprzemyślane decyzje jesteśmy po prostu najlepsi na świecie. Kto wie, pewnie ta książką to największa niespodzianka w burzliwej historii. Niespodzianka wzajemna, symetryczna, wierzymy, że sprawiająca radość wszystkim dookoła. Sami nie wiemy kiedy, jak i kto, ale wszystko wskazuje na to, że się uda. Nakład amerykańskiej księgi w niespełna rok praktycznie wyprzedany, pierwszy atlas o lubieniu wykańczamy zaraz trzeci dodruk, to szalejemy i robimy trylogię. Pewnie tak już zostanie na dłużej, nim znów zawieje, by znów zebrać myśli i wspomnienia z dalekich podróży. Do trzech razy zatem sztuka i tradycyjnie zaczęliśmy od okładki z przepiękną, uśmiechniętą kobietą w kuchni… Pani Christina. Tytuł w zasadzie też był oczywisty i bez wahania, nie tylko dla wtajemniczonych, a potem to już przecież z górki…

Czujcie się z tym atlasem jak w Azji!
Monika i Jan


Twoje zakupy